Nowe analizy planet mniejszych od Neptuna pokazują, że wiele z nich przez większość swojego istnienia może pozostawać światami magmowymi. To rzadki wyjątek od popularnego założenia, że nietypowe sygnały chemiczne w ich atmosferach najczęściej wskazują na obecność wody, a nie stopionej skały.
Skąd wziął się spór o wodne światy?
W astronomii często mówi się o tzw. degeneracji danych. Najprościej mówiąc, oznacza to sytuację, w której te same obserwacje można wyjaśnić na kilka różnych sposobów. Dobrym przykładem jest planeta K2-18b. W jej atmosferze wykryto metan i dwutlenek węgla, ale niewiele amoniaku. Wcześniej uznano to za mocną poszlakę istnienia oceanu wody, ponieważ woda łatwo rozpuszcza amoniak.
Magma też rozpuszcza amoniak.
Problem w tym, że stopiona skała zachowuje się podobnie. Magma równie skutecznie wiąże amoniak, co oznacza, że sam jego brak nie pozwala rozstrzygnąć, czy pod atmosferą kryje się woda, czy rozgrzane wnętrze planety. Jak opisano w artykule, to właśnie ta niejednoznaczność skłoniła badaczy do ponownego przyjrzenia się planetom mniejszym od Neptuna.
Linia, która oddziela chłodne od gorących.
Autorzy nowej pracy skupili się na ewolucji cieplnej takich planet. Zaproponowali prosty wskaźnik nazwany Linią Krzepnięcia, który łączy temperaturę gwiazdy i ilość energii docierającej do planety. Jeśli planeta znajduje się powyżej tej granicy, jej wnętrze pozostaje na tyle gorące, by utrzymać ocean magmy. Poniżej niej z czasem stygnie i przestaje być lawowym światem.
Co z tego wynika dla poszukiwań życia?
Symulacje pokazały, że zdecydowana większość znanych planet mniejszych od Neptuna znajduje się po „gorącej” stronie tej linii. To studzi nadzieje na liczne wodne światy, ale jednocześnie pomaga lepiej porządkować obserwacje i realistycznie oceniać, gdzie warto szukać warunków sprzyjających życiu.
Ilustracja została przygotowana z użyciem AI na bazie oryginalnego zdjęcia w celu zachowania spójności wizualnej.
Pełna treść źródłowa: Universe Today



